MAŁY ESEJ - z okazji WIELKIEGO JUBILEUSZU 50-lecia
PIERWSZEGO OGÓLNOPOLSKIEGO FESTIWALU MUZYKI JAZZOWEJ
czyli o czasie
gdy "WSZYSCY ŚWIĘCI MASZEROWALI" do ...SOPOTU


napisał Jerzy Duduś MATUSZKIEWICZ


     A było to tak: Pewnego sierpniowego dnia roku 1956, ulica Bohaterów Monte Casino w Sopocie zapełniła się tłumem młodzieży z instrumentami dętymi i perkusyjnymi, a w powietrzu rozległy się dźwięki muzyki nowoorleańskiej. Muzyka nowoorleańska? A cóż to takiego w czasach, gdy niepodzielnie panowała sztuka socrealistyczna, socjalistyczna w treści i ludowa w formie. A gdzie są pieśni masowe, które zachęcały społeczeństwo do pracy i budowy socjalizmu? Ich brak, to coś niesłychanego! A jednak!

    Pragnienie powojennego pokolenia, aby uczestniczyć w tworzącej się kulturze i czerpać ze wzorów sztuki zachodniej, zaczynało powoli brać górę nad szarością i beznadziejnością, wywodzącą się z indoktrynacji reżimowej. I oto cud się stał! W Sopocie w roku 1956 zaistniało wydarzenie bez precedensu:
PIERWSZY OGÓLNOPOLSKI FESTIWAL MUZYKI JAZZOWEJ. Muzyki jazzowej, uważanej przez wiele lat za przejaw wrogości do ustroju PRL (Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej), produkt "zdegenerowanej kultury burżuazyjnej", symbol "amerykańskiego imperializmu", itp., itd., itp... Rozbrzmiewające nad Sopockim pochodem dźwięki tematu "When the Saints Go Marchin In" nie pozwalały wątpić w przełamanie bariery kulturowej, którą "żelazna kurtyna" oddzielała nas od Zachodu.

     Pochód składał się nie tylko z muzyków jazzowych. Dołączali do niego tłumnie ludzie wciągnięci zapałem młodzieży. Zajmując już całą długość ulicy, zdążał wyraźnie w kierunku Sopockiego Mola, w pobliżu którego znajdowała się drewniana budowla tzw. "pawilon wystawowy". Był to właściwie duży barak, mieszczący około 300 miejsc z estradą, przeznaczoną prawdopodobnie dla prezydium zebrań partyjnych. Został on zaadaptowany na salę koncertową, rozpoczynającego się Festiwalu Jazzowego.

    Czoło pochodu stanowili muzycy zespołów, które miały wziąć udział w koncertach festiwalowych. Byli więc: "Melomani" - najbardziej zasłużeni w propagowaniu jazzu w okresie "katakumbowym" - zespoły Krzysztofa Komedy, Andrzeja Kurylewicza i Zygmunta Wicharego oraz kilka innych mniej znanych. Dalej kroczyły grupy wywodzące się ze środowisk artystycznych jak plastycy, aktorzy, pisarze, poeci, malarze. Ci ostatni przyozdobili swoje podobizny różnymi kolorami, a piękne dziewczyny przyodziane w kostiumy "bikini" prezentowały swoje wdzięki, co oczywiście stało się tematem ataku prasy reżimowej, krzyczącej że na Festiwalu Jazzu dzieją się gorszące sceny i odbywają się orgie.

     Trzeba także przypomnieć o goszczących na naszym Festiwalu zespołach zagranicznych jak "Dave Burman Group" z Wielkiej Brytanii i "Kamil Hala" z Czechosłowacji. Ten pierwszy reprezentował dojrzały stylistycznie poziom w repertuarze nowoorleańskim. Było to dla nas pierwsze zetknięcie się "na żywo" z zespołem grającym w tej stylistyce. Od tej pory zaczęło się zainteresowanie pogardzaną dotychczas formą jazzu i z biegiem lat powstało wiele polskich zespołów, kontynuatorów tej tradycyjnej stylistyki.

     W tak zabawnej i radosnej atmosferze pochód dotarł do celu - wspomnianego już baraku i tu zaczęły się trudności. Wiadomo, że przede wszystkim muszą wejść muzycy, aby rozpocząć koncert. Ale jak rozdzielić rozentuzjazmowany tłum od grających? Wszyscy ruszyli szturmem do wejścia. Poleciały drzwi oraz okna nisko zawieszone wzdłuż ścian. Tłum napierał. Kto mógł zajmował miejsca na ławkach, reszta leżała i siedziała "w kucki" na podłodze. Na szczęście obeszło się bez interwencji milicji, która widocznie zrozumiała, że z takim ładunkiem radosnej emocji nie da się walczyć.

     Koncert przy dźwiękach tematu "Swanee River" rozpoczął z wrodzoną sobie elegancją Leopold Tyrmand, główny animator i propagator jazzu w poprzedzających Festiwal trudnych latach. Sala reagowała gorąco ucząc się tradycji koncertów jazzowych - że należy bić brawo po poszczególnych solówkach. Początkowo reagowano nieśmiało, potem coraz śmielej, aż dochodziło nawet do gwizdów, które w naszej tradycji stanowiły element dezaprobaty. Tutaj jednak oznaczały wręcz coś przeciwnego - wielkie uznanie dla grających muzyków.

     To był początek. Koncertów było mnóstwo w różnych miejscach Trójmiasta: w Muszli na Molo, w Operze Leśnej, w Stoczni Gdańskiej. Festiwal trwał 7 dni. Siedem dni naszego jazzowego święta, pierwszego w powojennej Polsce. Te wydarzenia pozostawiły w nas - uczestnikach tego Festiwalu - niezapomniany ślad. Udowadniały, że upór w dążeniu do wyrażenia siebie poprzez muzykę daje prędzej czy później pożądane efekty.

    Byliśmy wspierani przez elity intelektualne Polski. Uznaliśmy to za nobilitację dla uzyskania prawa do zakwalifikowania muzyki jazzowej jako dziedziny sztuki. Takie nazwiska jak Zygmunt Mycielski, Stefan Kisielewski, Marian Eile, Leopold Tyrmand, Jerzy Skarżyński, Jan Kott, w składzie Komitetu Honorowego Festiwalu, mówiły same za siebie.

      Droga do rozwoju muzyki jazzowej w Polsce została przetarta!

Site Map | Printable View | © 2008 - 2012 Polskie Stowarzyszenie Jazzowe | Powered by mojoPortal | HTML 5 | CSS | design by Marcin Kieszek